Kobiety na wsi.pl

kobieta z kogutem

Tańcowała igła z nitką

Gdy miała 7 lat niemiecki żołnierz pokazał jej jak zrobić igłę z kawałka drutu. Wtedy zaczęła haftować. Na początek to, co widziała wokół: czołgi, karabiny, żołnierzy.

Anna PriadkaAnna Priadka - pełna energii, otwarta i roześmiana mistrzyni snucia ciekawych opowieści. Wystarczy rzucić słowo i już słucha się kolejnych wspomnień, kolejnej barwnej historii.

Misją, a jednocześnie pasją pani Anny, mieszkanki wsi Rzeczenica, jest podtrzymywanie bogatej, ale odchodzącej jak wiele innych w zapomnienie, tradycji łemkowskiej.
- Pochodzę z Woli Piotrowej - zaczyna - malowniczej wsi o pięknej drewnianej architekturze, leżącej niedaleko Sanoka. Wieś była niewielka, typowo rolnicza, pokryta szachownicą pól, sadów i ogrodów. 28 kwietnia 1947 roku zostałam wraz z całą rodziną deportowana - podkreśla z naciskiem - a nie przesiedlona, na tzw. Ziemie Odzyskane, tu na Pomorze. Po 1947 roku nasza wieś praktycznie opustoszała... a dla nas zaczęło się nowe życie, jednak w sercu ciągle tli się to co stare...

haft- Haftowanie mam w genach. Kobiety w naszej rodzinie zajmowały się tym od pokoleń. To, co zobaczę od razu mam w rękach, tylko raz zobaczę - już jest moje, w locie widzę jak wyhaftować - śmieje się.
Z entuzjazmem rozkłada na stole swoje prace, a z przepastnej drewnianej szafy wyjmuje ciągle następne. Wyszywane, kolorowe serwety, obrusy, poduszki, kunsztowna biżuteria koralikowa.
- Przeważnie wykorzystuję motywy łemkowskie, ale i trochę „z importu", podpatrzone w książkach, zaobserwowane na ubraniach ludzi na ulicy - mówi.

Bierze aktywny udział w konkursach haftu ludowego i festiwalach folklorystycznych, a do domu zawsze wraca z jakąś nagrodą lub wyróżnieniem. Dyplomów i medali ma pełną szufladę. Ostatnio wzięła udział w II Konkursie Współczesnego Haftu Ludowego Powiatu Człuchowskiego, efekt - wyróżnienie w kategorii „Haft z południowo - wschodniej Polski, Kresy".

W wolnym czasie wykonuje biżuterię z koralików, misterna i precyzyjna robota... ale efekt niezwykły. Koralikowe naszyjniki w żywych kolorach to krywulki, noszone tradycyjnie przez łemkowskie kobiety. Całość trzyma się na cienkiej, ale mocnej nici, na którą ze skupieniem i cierpliwością nadziewa się każdy koralik z osobna. Powoli, powoli wyłaniają się barwne wzory, w rezultacie powstaje prawdziwe dzieło sztuki.
Pani Anna robi także pełne wdzięku gerdany - długie naszyjniki zakończone jakby medalionem, noszone tradycyjnie zarówno przez kobiety, jak i mężczyzn.

- Wszystko da się zrobić tylko trzeba mieć głowę i trochę się ruszyć - mówi z werwą. W ciągu dnia pracuje na polu i w gospodarstwie, nocą w ciszy i spokoju wyszywa, siedzi do 2-3 nad ranem pochylona nad kolejną robótką.
Jej chlubą jest własnoręcznie wyhaftowany strój ludowy, w którym prezentuje się z dumą na różnego rodzaju imprezach wiejskich.
Nici do haftów sprowadza aż z Toronto, gdzie ma rodzinę - to gwarancja, że nie zbledną po kilku praniach. Igły często robi sobie sama, to taki ukłon w stronę dzieciństwa... Ze zwoju drutu z cewki z zepsutego telewizora odcina mały kawałek, zagina w oczko, „nic prostszego" - mówi.

haftWyrobu igieł nauczyła się od żołnierzy niemieckich podczas wojny.
- W wieku 7 lat „pracowałam" w sztabie niemieckim, który mieścił się w naszym domu rodzinnym. Pomagałam przy układaniu papierów, sprzątaniu. Wtedy jeden z Niemców pokazał mi jak zrobić z drucika igłę - wspomina.
W czasie wojny wyszywałam to co widziałam wokół - czołgi, ciężarówki i żołnierzy.

Nigdy nie sprzedaje swoich prac, twierdzi, za to, że z przyjemnością obdarza nimi bliskie sobie osoby. Z równie wielką chęcią dzieli się swoimi umiejętnościami.
W 1994 roku z powodzeniem prowadziła lekcje rękodzieła łemkowskiego w ukraińskiej szkole podstawowej w Białym Borze. Dzieciaki skakały z radości, gdy wspólnie robiły igły, poznawały pierwsze wzorki, a wszystko okraszone cukierkami, które im przynosiła dla umilenia atmosfery. Stworzone podczas zajęć prace zostały potem pokazane na wystawie w Grudziądzu, co zmotywowało jej podopiecznych do dalszej nauki.

Jest ciągle w ruchu, dużo podróżuje. Fascynują ją ludzie, miejsca, wszelkie spotkania z kulturą ukraińską.
- Potrafię przywitać się już w 11 językach - mówi z dumą pokazując szufladę wypełnioną słownikami, na naukę nigdy nie jest za późno - dodaje.

Od wielu lat angażuje się w działania na rzecz mniejszości ukraińskiej, przesiedlonej w ramach Akcji Wisła. Główny nacisk kładzie na dostęp do edukacji w języku ukraińskim oraz zapewnienie byłym przesiedleńcom odszkodowań przez państwo polskie.
Stara się z całych sił podtrzymywać „swoją" kulturę i język.
W domu z rodziną rozmawia po ukraińsku. Ściany jej pokoju zdobią kalendarze ukraińskie oraz liczne fotografie ukraińskich strojów ludowych i cerkwi. Miniaturowe, osobiste państwo w państwie.

Od kilku lat przelewa na papier historię swojego życia, kultury łemkowskiej i Akcji Wisła, widzianej własnymi oczami. Jak zapewnia książka jest już prawie gotowa. Pisze ją w dwóch językach, polskim i ukraińskim, bo jak podkreśla: „trzeba swoje szanować, a cudzego nie deptać".

krywulka

Tekst: Gosia Kowalska