Kresowe siłaczki
Znajdziesz je na mojej rodzinnej Lubelszczyźnie w wielu miejscach. Rozsiane jak samorodki złota wśród miałkiego piasku mierności i braku zaangażowania. Ale tak jak złoto – nie zmieniają barwy z czasem, nie opada ich entuzjazm.
Nie
godzą się na bylejakość świata wokół i nie popadają w
zniechęcenie mimo, że nie mają już ...nastu lat. Ale też i z tym
światem nie walczą, dla samej walki. Niekrzykliwe, ciche, spokojne,
lecz jak woda - płynące we właściwym kierunku, choć czasem pod
prąd.
W ich oczach nie ma jednak płomieni fanatyzmu, nie nawracają
nikogo na siłę, nie pouczają, ani krzyczą - po prostu robią
swoje. Niepotrzebny im splendor ni tytuły, chyba, że pomoże to w
działalności.
Wiedzione wielkim wewnętrznym przekonaniem i nie
mniejszą siłą woli i wytrwaniem, dla kobiet charakterystycznym,
dokonują rzeczy wielkich. Tym większych, że w trudnej sytuacji, w
opornym nieraz, wiejskim otoczeniu. Ich popularność to nie efekt
gazecianych tekstów, czy udziału w programach telewizyjnych,
ale ludzkiej pamięci, życzliwości i szacunku, który
trwalszy jest od wszystkiego.
Nauczycielki, bibliotekarki, wiejskie
działaczki - moje kresowe siłaczki...
Zielona szkoła
Gdzieś
na południowo-zachodnim skraju Wyżyny Lubelskiej, otulona woalem
sadów i plantacji malin, leży w dolinie potoku Podlipie,
Chruślina. Schludna i nie mała wioska. W niej zaś jest szkoła
podstawowa nie byle jaka. Zielona, ekologiczna, aktywna,
promieniująca na całą gminę Józefów nad Wisłą i
tereny przyległe.
Dzieci w tej szkole wiedzą nie tylko co to jest
ekologia czy ochrona środowiska, wiedzą jak zanieczyszczenia
wpływają na zdrowie ludzi i innych organizmów, co więcej,
same potrafią zbadać ich poziom w rzece, glebie czy roślinności.
Wiedzą też co zrobić aby ich unikać lub ograniczyć ich działanie
i dzielą się tą wiedzą z rodzicami - rolnikami.
Potrafią
założyć ogród ekologiczny, gdzie nie trzeba stosować
sztucznych nawozów i środków ochrony roślin. Znają
rośliny i zwierzęta swojej okolicy, potrafią je same oznaczać.
Ba, wiedzą nawet co to są programy rolnośrodowiskowe.
A wszystko
to zasługa Pani Basi Kreto - wieloletniej dyrektorki
szkoły, inspiratorki szeregu działań ekologicznych podejmowanych
przez dzieci. To ona kilkanaście lat temu założyła Klub Młodego
Ekologa i ustawicznie, organicznie pracuje z dziatwą monitorując
stan środowiska przyrodniczego w Chruślinie i okolicy, organizując
wraz z dziećmi konkurs na najpiękniejszy ogródek kwiatowy,
edukując rolników (w Chruślinie trawy na miedzach czy przy
rowach nie płoną, nikt też nie myje ciągnika w rzece), bo:
„Każdy
z nas ma swoją małą Ojczyznę. Tę w której się wychował,
która go kształtowała. Wieś jest szczególnym typem
takiego miejsca. Miejsce nacechowane kształtami, barwami, dźwiękami,
a przede wszystkim wypełnione ludźmi, z którymi czuje się
związany trudną do opisania więzią. Zupełnie inaczej jest
odbierana z zewnątrz, lecz dla społeczności, która tam żyje
i poznaje ją od środka jest w rzeczywistości wielkim ciepłym
domem".
Z Panią Basią dzieciaki opracowują zeszyty
edukacyjne a to o ginących zawodach, to znów o zdrowym
żywieniu (w sumie ponad ćwierć setki różnych publikacji),
czy też przygotowują ścieżkę rowerową doliną rzeki Podlipie.
Itd. itd. wiele by pisać.
Nie dziwi zatem, że nieraz 40% dzieciaków z klasy trafia na studia na kierunki przyrodnicze - życzę wszystkim takich studentów. A Pani Basia swym spokojnym pedagogicznym głosem potrafi dogadać się z wszystkimi i zyskać przychylność i wójta i wojewódzkiego funduszu .... i cieszy się z tego co robi i z sukcesów swoich wychowanków.
Biblioteka w Wisznicach
Gdzie Zielawa swe leniwe
wody toczy, na suchych piaskach rośnie piołun, kwitnie wrzos i
dziewanna a wśród jałowców „gęgają" gąsiorki
leży wieś Horodyszcze.
Trafisz do niej, wędrowcze, na pewno, bo
rzadko już na Ziemi Lubelskiej spotkasz na gromadzkim pastwisku
stado ze 100 krów i tabun z ćwierć setki koni. A pod
Horodyszczem tak.
A kiedy pylistym szlakiem udasz się na przełaj
przez pola do Wisznic to i przepiórkę usłyszysz, a jeśli
wolisz wzdłuż Zielawy tam dojść, to nie ominie cię widok dudka i
kolorowej kwiecistej łączki.
Do Wisznic zajść warto i to nie
tylko z tego powodu, że miejscowość czysta i schludna, ludzie
dobrzy i kochają kwiaty (poznasz to po ogródkach), i nie
dlatego jedynie, by zobaczyć piękną starą cerkiew czy jeszcze
piękniejszy cmentarz z grobami rodziny Józefa Ignacego
Kraszewskiego.
Ale jeśli już tam będziesz, zajdź proszę do biblioteki na Wygodzie. Spotkasz tam Panią Alinę Maniowiec, która jest głową wisznickiej książnicy. Myliłby się jednak ten, kto sądzi, że pani kierownik i jej pracownicy zajmują się li tylko wypożyczaniem sfatygowanych już nieco woluminów.
W osobie Pani Aliny widzisz bowiem jedno z gniazd społecznej aktywności w gminie, która trzeba przyznać ową aktywnością obdzieliłaby i obdziela ościenne ziemie.
Pani Alina jest kolejnym
niespokojnym duchem, który „lubi jak się coś dzieje".
No
i dzieje się, dzieje. Że „Internet łączy pokolenia" wiedzą
zapewne wszyscy, ale że przez pierogi ruskie i haft Richelieu !? -
a w Wisznicach tak.
Jeśli chcesz spotkać i posłuchać
regionalistów, pasjonatów historii Wisznic i okolic -
idź do biblioteki, jeżeli chcesz posłuchać bajek czytanych przez
Babcie Grunię - idź do biblioteki, jeżeli chcesz oglądnąć
ciekawą wystawę poświęconą Józefowi Ignacemu
Kraszewskiemu (a postać to wciąż niedoceniona - kto bowiem w
naszej historii napisał ponad 200 powieści i kilka tysięcy
artykułów?) - również idź do biblioteki.
Znajdziesz tam także opracowany z inicjatywy Pani Aliny „Słowniczek
nazw geograficznych" gminy Wisznice.
Słowem - biblioteka nie dość, że przyciąga młodzież, to jeszcze zabiera klientów innym znanym na wsiach „instytucjom rozrywkowym" - sklepom spożywczym obficie zaopatrzonym w „monopol". I wszystko wskazuje na to, iż ten pozytywny trend się utrzyma. Bo Pani Alina planuje kolejne projekty i też zachęca do nich innych.
Wierszem i prozą
Neple
to urokliwa wioseczka nad Bugiem niedaleko od Terespola. Historię
mają niemal 1000-letnią, ale zasłynęły głównie dzięki
Niemcewiczom, Mierzejewskim i generałowi Kierbedziowi, którzy
byli właścicielami folwarku w tej wiosce. Jednak ani ich, ni ich
potomków już w Neplach nie ma.
Mieszka za to w Neplach Pani
Bogusia Hawryluk była, wieloletnia sołtysina wioski i
osoba oddana całym sercem swojej małej ojczyźnie.
Więcej o
historii wsi i okolic wie chyba tylko sędziwy ksiądz Oziembło
mieszkający na plebani w Neplach. A Pani Bogusia sławi swoją małą
ojczyznę wierszem i prozą (niedawno wydała książkę „Opowieści
dziwnej treści, czyli legendy o Neplach i okolicy").
I nie tylko w
słowie pisanym czy mówionym daje dowód przywiązania
do regionu - również w czynach. Organizuje spotkania i
festyny, oprowadza turystów, uporem i nieustępliwością
wywalczyła od opornych władz gminy Terespol budynek, w którym
zamierza zrealizować pomysł śp. Prof. Stefana Kozłowskiego -
regionalną izbę historyczno-etnograficzno-przyrodniczą.
W tym celu
z grupą podobnych pasjonatów założyła Regionalne
Stowarzyszenie Przyjaciół Ziemi Nadbużańskiej „Bugowiaki",
któremu już udało się zdobyć pierwsze fundusze.
Warto odwiedzić Panią Bogusię, bo zawsze znajdzie ona dla zainteresowanych ciekawą opowieść, a dla głodnych kawał dobrego ciasta ze śliwkami lub truskawkami.
***
Warto wyrazić uznanie dla tych siłaczek, nie tylko słowem. Warto im pomagać i wspierać je ze wszystkich sił i na wszelkie możliwe sposoby, gdyż często przychodzi im działać jak doktorowi Judymowi - wbrew otaczającej niechęci czy tumiwisizmowi sąsiadów czy władz.
Bo są jak taki zdrowy zaczyn, którego ferment
niesie coś dobrego. Bo nie chcą przetrawić życia na oglądaniu
seriali. Bo nie dość, że są aktywnymi działaczkami, to są
również wychowawczyniami, dla których dzieci to nie
wredne bachory, ale „nasze dobre dzieci", bo ludzi, z którymi
współpracują, szanują i wspierają.
I
w odróżnieniu od wielu „zaangażowanych i wybitnych" nie
działają kosztem domu, rodziny, dzieci, ale odwrotnie potrafią nie
tylko wszystko pogodzić, ale nawet „zarazić" swoim życiem i
swoimi pasjami własne dzieci. To dobrze rokuje na przyszłość.
Warto też rozmawiać i słuchać takich kobiet. Nawet kiedy z taką osobą po raz pierwszy rozmawiasz wydaje ci się, że znacie się już lata. I choćbyś lata jej nie widział, to przy kolejnym spotkaniu masz wrażenie, że się wczoraj rozstaliście.
Tekst: Krzysztof Wojciechowski











