Kobiety na wsi.pl

kobieta z kogutem

Droga do człowieka

To miał być artykuł pt.: „Kobiety bieszczadzkich mężczyzn”. W miarę zbierania materiałów, im więcej myślałam i dowiadywałam się o Bogusi Kranz od jej najbliższych i przyjaciół, ludzi z którymi żyła i dzieliła każdy dzień w tak pięknych okolicznościach przyrody i nie łatwych, tym bliżej byłam człowieka w ogóle, tym dalej byłam od podziałów, podziałów najdrobniejszych, podziałów w ogóle.

Bogusia nie chciałaby tak. Dla niej był po prostu człowiek. Nie spodobałoby jej się, gdybym napisała, a tym samym próbowała  uczynić  z niej heroiczną bohaterkę, pionierkę, osadniczkę, bieszczadzką kobietę, tak silną, niezłomną. Tę od tej najgorszej roboty - od życiówki, od codzienności, od trudów rzeczywistości. Mogłaby się poczuć mocno zażenowana. Choć to prawda. Dla Bogusi konsekwencje życiowego wyboru, drogi, którą postanowiła pójść, były jasne. I piękne. Przyjmowała rzeczy jakimi są. Z natury. I świetnie naprawdę potrafiła sobie w tym wszystkim radzić. Była to kobieta o nieprzeciętnej mocy charyzmy, dobrej chęci, dobrej woli, głębokiej empatii... Zastanawiam się nieraz,  czy miała w ogóle  jakieś społeczne wady.

W mojej pamięci świeci teraz jasnym światłem atmosfera naszych kilku spotkań.  A przecież nie chodzi o to, by beatyfikować Sołtyskę Kranz.  Odeszła,  niestety, trochę za wcześnie, ale też nie o tym chciałam pisać. Zostawmy uczucia najbliższych w rozumiejącej ciszy i szacunku. Pogadajmy o życiu, które ze sobą niosła Bogusia i o życiu ludzi, którzy ją otaczali i którym starała się zapewnić godne warunki.  

 

 Sołectwo w bieszczadzkim worku

imprezy dla dzieciKażdy kto patrzy na mapę Polski dostrzeże w prawym dolnym rogu taki, wystający... worek.

Że miejsce to zwane jest "workiem bieszczadzkim" powiedziała mi kiedyś pewna znajoma, która (m.in.) posiadała zdolność widzenia niezapominajek których nie było, także przyznam się, że nie wiem jak to jest naprawdę z tym workiem, czy określenie to jest powszechne czy nie, niech jednak zostanie.
Pasuje mi jak nic do podtytułu.

Ustrzyki Górne. Największe sołectwo w Polsce,  najbardziej rozstrzelone terytorialnie. Trzeba nie lada wysiłku i zaangażowania, by zadbać o każdy jego kawałek, o wszystkich ludzi w potrzebie. Tym bardziej, że warunki panujące w Wysokich Bieszczadach nie należą do najłaskawszych. A Bogusia swoim entuzjazmem dosłownie zarażała, potrafiła sobie zjednać grono zwolenników i społeczników. Wspominając Bogusię Kranz  szczególnie podkreśla się jej rolę w integracji społeczeństwa. Mówiła, że sam sołtys bez mieszkańców nie byłby w stanie nic zdziałać.

Została laureatką tytułu "Sołtys Roku 2005".

To dzięki jej staraniom umożliwiono dojazd do szkół młodzieży bieszczadzkiej. Przesunięto nawet przystanek autobusowy zapewniając tym samym odśnieżanie drogi dojazdowej do domów leżących na końcu osady. I co najważniejsze - lata walki o remont drogi Ustrzyki Górne - Wołosate zakończyły się sukcesem. Choć przez szmat czasu mieszkańcy musieli sobie radzić sami, łatali drogę zasypując dziury żwirem. Nie przepuszczono także okazji, kiedy na teren Parku przyjechało kilkudziesięciu parlamentarzystów. Przewieziono ich dziurawą drogą, a potem wręczono petycję o  jej naprawę. Prawie natychmiast po ich wyjeździe przyjechał sprzęt i położono ok. 350 metrów nowego asfaltu. Ten odcinek nazywany jest przez miejscowych „pasem startowym". 

Choroba zaskoczyła ją nagle, jak to zresztą zwykle bywa. Gdy wiedziała już, że odchodzi, że zostawia wszystkie sprawy i rzeczy, wszystkich bez wyjątku ludzi,  poprosiła męża by zapisał kilka najważniejszych spraw, wiadomości  które miał potem przekazać mieszkańcom sołectwa, znajomym z którymi współpracowała, żyła i spotkała się. 

Po pierwsze, były to podziękowania dla wszystkich ludzi dobrej woli za współpracę, pomoc i okazaną życzliwość. Dalej podziękowania dla sąsiadów za wspólnie przeżyte lata. Prosiła by żyli w zgodzie i działali razem, bo tylko w ten sposób można stworzyć lepszą przyszłość.  Upominała, aby nadal sprawy dla dobra dzieci były stawiane na pierwszym miejscu.

"Zjazd Na Bele Czym"Była inicjatorką wielu działań dla dzieciaczków, odciętych przecież od rozrywek tak prostych i oczywistych jak choćby place zabaw czy kino.  Mroźną zimą wyciągała rodziców i ich pociechy z domów urządzając w ferie  "Zjazd Na Bele Czym". Latem ściągała wolontariuszy, by prowadzili zajęcia i warsztaty twórcze.
Przypominała także, by wspierać i opiekować się rodzinami ubogimi i niezaradnymi życiowo, pomagać osobom uzależnionym od nałogów. Przede wszystkim dostrzegała istotę człowieka i zwracała się do ludzi z prośbą, by nie dali zaślepiać się złości, nie poddawali  pochopnemu ocenianiu. 

Bardzo troszczyła się o kobiety, które często zaniedbywały siebie, swoje zdrowie, którym potrzebne było wsparcie czy mobilizacja. W swoim liście- przesłaniu, prosiła je by pamiętały o profilaktyce zdrowotnej, by troszczyły się o swoje zdrowie. Upominała palaczy tytoniu choć sama kopciła sporo. Prosiła by troszczono się o kontakt z sąsiadami z zagranicy. Bardzo głęboko i serdecznie w sercu leżała Bogusi sprawa mieszkańców ukraińskiej miejscowości Łubnia, leżącej tuż przy granicy (Zakarpacie).
W roku 2005, kiedy to Polsce przypadła rola organizatora spotkania „Dni Dobrosąsiedztwa" ówczesne władze województwa podkarpackiego wycofały się. Aby nie dopuścić do kompromitacji i nie zawieść sąsiadów, sołtyska na własny koszt zorganizowała to spotkanie po stronie ukraińskiej.

tablica pamiątkowaNa koniec listu dyktowanego mężowi Bogusia Kranz życzyła mieszkańcom osady Wołosate, aby wszyscy mogli stać się pełnoprawnymi właścicielami domów, w których mieszkają od lat, a które w dalszym ciągu pozostają własnością Bieszczadzkiego Parku Narodowego.  Bez prawa do własności nie ma mowy o ukorzenieniu się. Panuje poczucie tymczasowości.  Bardzo zależało jej na uzdrowieniu tej sytuacji.

Dziś do Wołosatego jedzie się już gładko i beztrosko. W roku 2006 oddano drogę o nowej nawierzchni. Tylko Bogusi nie było na uroczystym otwarciu.

Przy drodze stoi kamień. Zatrzymajcie się na chwilę.

Tekst: Aleksandra Rózga